W tym mieście czułam się jak kosmita

W tym mieście czułam się jak kosmita

Z Aliną Czyżewską, aktorką i animatorką ruchu społecznego Ludzie dla Gorzowa, rozmawia Renata Ochwat

 

Byłaś najbardziej wyrazistą twarzą kampanii wyborczej Ludzi dla Miasta. Ale nie było cię na żadnej liście ewentualnych radnych. Nie odcinasz kuponów od włożonej ciężkiej pracy?

– Kupony będę odcinać, tak jak i pozostali mieszkańcy, a to z faktu, że to miasto teraz zmieni się na lepsze. I to było moją główną motywacją, aby się zaangażować w prace komitetu. Wielu zarzucało nam, że to jest skok na stołki, skok po władzę. Nie. To my wszyscy mamy odczuć poprawę, kiedy będą decydować ludzie, którym zależy, aby to miasto się rozwijało, a nie prywatne interesy.

No właśnie, a jak ty oceniasz to miasto, teraz po wyborach?

Alina Czyżewska– Na już są potrzebne zmiany, a wręcz rewolucja. Mam porównanie z innymi miastami, w których przez ponad 16 lat mieszkałam, które odwiedzałam. Widzę, jak tamte miasta się zmieniły, dla przykładu Katowice, czy przyrównując wielkością do Gorzowa – Legnica. Są miasta, które nie mają nawet statusu wojewódzkiego, a potrafiły rozsądniej skorzystać z tego przepływu pieniędzy, jaki się odbył dzięki dotacji Unii Europejskiej. Zrobiły to mądrzej, nie mówię, że bardzo mądrze, bo w pewnym momencie polskie miasta trochę się zachłysnęły tymi pieniędzmi. A w Gorzowie? No cóż, wstyd. Wstyd ogromny, bo wcale nie wygląda na miasto wojewódzkie. A jest! I tu nie ma taryfy ulgowej. Kiedy mieszkając w innych miastach i dużo jeżdżąc po Polsce, mówiłam, że pochodzę z Gorzowa, to padały pytania: „Zaraz, to gdzieś tam na Śląsku?” albo – „Gorzów, to na drodze do Szczecina?”, albo też – „To w Wielkopolsce?”. Czuło się, Gorzów jest miastem kompletnie nieidentyfikowanym, kompletnie nierozpoznawalnym. A kiedy dodawałam, że jest stolicą województwa lubuskiego, to zwyczajnie słyszałam śmiech. I zaraz mnie ktoś prostował, że przecież Zielona Góra.

Gorzów „nie istniał” na mapie Polski. Mam na myśli mapę mentalną, polityczną, społeczną, artystyczną. Na żadnej z tych map Gorzowa nie ma. I w tym nierozpoznanym Gorzowie wylądowałam na dłuższy czas z powodu choroby mojej mamy. I zaczęłam sama osobiście potykać się o ten Gorzów.

A w jaki sposób? O co?

– O dziury w chodniku. O koleiny w drogach, o dziury w torowiskach, o rozpadające się mury, odpadające tynki, o przepiękne, a popadające w ruinę, budynki, pustą ulicę Chrobrego. Ale też i o to, że będąc na ul. Hawelańskiej, nie wiem, czy jestem w centrum miasta wojewódzkiego, czy też być może w jakiejś dziurze. Miasto jest w dużo gorszym stanie, niż w czasach, kiedy ja tu mieszkałam. Odwiedzając Gorzów na święta, czas spędzałam głównie u rodziny, a nie na spacerach po mieście. Zaczęłam chodzić po mieście, a właściwie jeździć, kiedy do miasta ściągnęła mnie choroba mamy. I wtedy przekonałam się, że aby przejechać z jednego szpitala do drugiego, trzeba skorzystać z trzech środków komunikacji, dwa razy się przesiąść, zapłacić 9 zł za bilety, a cała podróż trwa 40 minut. To zwyczajnie nie ma sensu, bo prościej jest wziąć taksówkę: 5 minut i 8 zł za kurs. Co krok przekonywałam się, że to jest miasto absurdów!

No i jak już odkryłaś, że to jest miasto absurdów, to wtedy zdecydowałaś: Dość, Czyżewska, pora zakasać rękawy i do roboty?

– Tak. Wiesz, czułam się trochę jak taki kosmita w tym mieście. I zaczęłam pytać, ludzie, jak wy się na to godzicie, na takie choćby dziwnie kursujące autobusy. Nikogo naprawdę to nie drażni? I wtedy trafiłam na FB na akcję „Ratujmy alejki na Marcinkowskiego” Grześka Witkowskiego, i tam dałam upust wszystkim moim frustracjom. Tam też znalazłam ludzi, których również wiele w tym mieście wkurza. Tylko że do tej pory wszyscy „wkurzeni” byli jakby rozproszeni, a przy akcji alejkowej poznaliśmy się. Wśród „wkurzonych” była także Marta Bejnar-Bejnarowicz, czyli moja koleżanka ze szkolnej ławki. I tak się zaczęło, od alejek, do następnych akcji, do trawników, słoneczników, potańcówek, kina na Kwadracie.

Jednym słowem miasto zaczęło nagle żyć…

– Zwyczajnie daliśmy impuls, pokazaliśmy, że tu można coś zmienić i że są aktywni ludzie, którzy chcą się w to włączyć. Ale do tego trzeba czegoś więcej niż tylko energii mieszkańców. Przecież wcześniej były różne inicjatywy, na przykład Sztuka Miasta, która miała rewelacyjne pomysły, jednak nie dała rady ich realizować bez współpracy magistratu. A my połączyliśmy swoje siły i powstał ruch Ludzie dla Miasta.

A kiedy zaczęliście myśleć o tym, że macie na tyle siły, aby skutecznie zawalczyć o ratusz? Mieć własnych kandydatów na radnych i własnego przedstawiciela do fotela prezydenta?

– Prawdę mówiąc, kandydowaniu do Rady Miasta byłam przeciwna. Uważałam, że nie ma sensu iść do rady, bo będziemy tylko przeciwnikiem politycznych „gier i zabaw”, jakie się odbywają w radzie i z prezydentem. To zwyczajnie strata naszej energii i czasu. Jedna, dwie osoby, które dostaną się do Rady Miasta, nie dadzą rady zmienić rzeczywistości. Ale podczas rozmów padło, ale przecież prezydentem wcale nie musi być Tadeusz Jędrzejczak. Może być ktoś inny. Ale kto? Kiedy analizowaliśmy listę dotychczasowych kandydatów, nikt nie wzbudzał naszego zaufania. Nie były to nazwiska, które gwarantowałyby zmianę jakości władzy w mieście. I wtedy padło nazwisko – a Wójcicki? A kto to jest? No wójt Deszczna. Aha, tego Deszczna, co tak się rozwija. I tak od słowa do słowa, od spotkania do spotkania, coraz bardziej nam się ta kandydatura podobała. Uznaliśmy, że trzeba tego Wójcickiego przekonać.

I przekonaliście.

– Przekonaliśmy. Oczywiście nasze pierwsze spotkanie, to było jego twarde nie. Nie ma mowy. Tajemnicą nie jest, że Jacek Wójcicki jakoś dwa lata temu nawet się przymierzał do tego urzędu, ale odszedł od tego. Miał zupełnie inny pomysł na życie. No i my trochę mu te plany przewróciliśmy. Wpływ na zmianę stanowiska miało też i to, że Jacek zaczął doświadczać problemów, jakie przysparza tak zarządzany Gorzów mniejszemu sąsiadowi, jakim jest Deszczno, że Gorzów w pewien sposób blokuje rozwój tego mniejszego organizmu. A powinno być inaczej, bo wielka gmina powinna wspierać rozwój tego mniejszego i wspólnie budować partnerstwo i siłę regionu.

No i przyszedł pamiętny 16 listopada 2014 r. Typowaliście taki sukces?

– Żartowaliśmy: Jacek, musisz wygrać w pierwszej turze, bo na drugą już nie mamy siły (śmiech). Ale kiedy zaczęły wpływać pierwsze dane z komisji wyborczych i wszędzie przewaga Jacka okazywała się miażdżąca, stało się realne, że Jacek Wójcicki wygra w I turze.

Po wyborach nastał czas przejmowania władzy. Będziesz w tej władzy tam na ratuszu?

– Nie.

Jak więc widzisz dalej swoją obecność w ruchu Ludzie dla Miasta?

– Szykujemy kolejne wydarzenia. Uważam, że władza, ta demokratycznie wybrana, musi mieć partnera w postaci mieszkańców, którzy będą wspólnie to miasto układali. Będziemy działać na rzecz miasta i mieszkańców tak, jak to robiliśmy wcześniej. Spoczynek na laurach i oddanie wszystkiego władzy to krótka droga do utraty tego, co wypracowaliśmy. Demokrację i społeczeństwo obywatelskie, a co z tym idzie – lepsze miasto – budować trzeba wspólnie.

A jeśli jednak okaże się, bo może się tak stać, że władza musi w określony sposób działać, musi dotrzymywać określonych prawem reguł, a wam się te reguły nie będą podobać, to co?

– Ufam, że będzie dobrze! Ale gdyby jednak coś – będziemy protestować.

Przeciwko własnemu prezydentowi?

– Ależ oczywiście! To byłby bardzo chory układ, w którym my, mieszkańcy, zgadzamy się na coś innego niż to, o czym była mowa w kampanii. Wierzę, że obietnice będą dotrzymywane, ale jak się okaże, że jednak coś idzie nie w tym kierunku, to będę reagować. Bez tego nie ma demokracji. Jeśli oddamy wszystko władzy, to taka władza, bez obywateli, bez ich głosu, zwyczajnie szybko się degeneruje. To, co miało miejsce w Gorzowie, jest modelowym przykładem tego, jak władza straciła kontakt z rzeczywistością, z ludźmi, którzy tutaj mieszkają. Władza w pewnym momencie zaczęła przypisywać sobie taką moc, jakby wiedziała, czego chcą ludzie.

Na zasadzie francuskich królów, ja to władza, władza to ja?

– W pewnym sensie. A ja się na coś takiego nie godzę. Władza to tak naprawdę wszyscy mieszkańcy. Ci, których nazywamy władzą, to przedstawiciele nas, mieszkańców, do gospodarowania miastem. Ale władzę tak naprawdę mamy my, wszyscy mieszkańcy. A urzędnicy, cały magistrat, to mieszkańcy zatrudnieni przez nas do załatwiania naszych spraw.

A wiesz, że mówisz o utopii, mieście idealnym, które chyba tak naprawdę nie istnieje?

– Bo ja wiem? Popatrz, oczy całej Polski są teraz zwrócone na Gorzów, jako właśnie na miasto modelowe, gdzie udało się zrobić coś szczególnego w polskiej demokracji. Inni patrzą na nas z nadzieją oraz ogromnym oczekiwaniem. Bo tu ma szansę dojść do głosu i szczególnej realizacji idea społeczeństwa obywatelskiego. To się udaje w innych krajach. Oczywiście inne państwa są tak ze trzy albo i dziesięć poziomów ponad nami w rozwoju społeczeństwa obywatelskiego. Z drugiej strony my niestety chyba bardzo dużo władzy oddaliśmy politykom. Zarówno my – mieszkańcy miasta, jak i my – Polacy. Za dużo poszło w ręce zawodowych polityków i czas najwyższy im tę zbyt dużą władzę odebrać.

Alina, ale was, Ludzi dla Miasta, jest jednak garstka. Myślisz, że uda się wam zapalić i pociągnąć większość do takiego działania, jakie wy preferujecie?

– Tak. I mamy już tego wyraźne dowody. Przecież na podwieczorek na Kwadracie przyszło ponad 300 osób. I to nie po to, aby tylko czerpać. Każdy coś ze sobą przyniósł. Byli też Cyganie z występami, z czego bardzo się cieszę, oni też przyszli ze smakołykami. Jest więc gotowość do uczestniczenia we „wspólnym”, do współkreowania. Bo być kreatorem jest fajniej, aniżeli tylko biernym odbiorcą.

I zaczniemy kiedyś reagować na chuliganów paciających po ścianach albo wywracających kosze na śmieci?

– Myślę, że już jesteśmy na tej drodze. I dlatego pewna jestem, że będziemy mieli taki Gorzów, jaki sobie wymarzymy i wspólnymi siłami zrobimy.

To jaki Gorzów wymarzyła sobie Alina Czyżewska?

– Z życzliwymi ludźmi, uśmiechniętymi, którzy wiedzą, że Gorzów jest ich i mają chęci, aby to miasto nadal rozwijać; w którym gospodarz miasta i cała administracja działają dla dobra wspólnego.

I na koniec jeszcze trochę nietypowe pytanie. Do władzy i stołków nie chcesz. Więc co zawodowo aktorka Alina Czyżewska zamierza dalej robić?

– Zamierzam wrócić do zawodu. Będę w Gorzowie rzadziej, bo jestem wolnym strzelcem – moja praca wygląda tak, że biorę udział w różnych projektach w różnych miejscach, co wiąże się z wyjazdami. Ale najpierw muszę zacząć dzwonić do reżyserów i dyrektorów i szukać pracy, bo moja przerwa w zawodzie była naprawdę długa.

 

Renata Ochwat

 

 

Leave a Reply