ZNANI (TEŻ) Z FORMY

ZNANI (TEŻ) Z FORMY

– Zawsze powtarzam, że w każdym narodzie są owieczki i wilki, są dobrzy ludzie i źli ludzie. Gdy na spotkaniach autorskich pytają mnie czy Cyganie kradną, ja odpowiadam: – Nie, złodzieje kradną – z Edwardem Dębickim, pisarzem, poetą, twórcą i dyrektorem Międzynarodowych Spotkań Zespołów Cygańskich „Romane Dyvesa”, o burzeniu stereotypów i muzycznej podróży przez życie rozmawiała Agnieszka Pękalska-Nowak.

Przed nami wielkie święto kultury romskiej – XXVIII Spotkania Zespołów Cygańskich „Romane Dyvesa”. W tym roku dla Was wyjątkowe. Teatr Muzyczny „Terno” obchodzi 60-lecie istnienia, a Pan jubileusz 60-lecia pracy artystycznej. Nie dość, że tak długo udaje Wam się istnieć, to jeszcze cały czas urozmaicacie repertuar i odnosicie sukcesy. Jak to się robi, jaka jest Pana recepta na sukces?
Ten zespół, ci ludzie, których zwerbowałem – muzycy, śpiewacy, tancerze – oni kochają to co robią. Dlatego „Terno” tak długo trwa. W tym zespole gra, śpiewa i tańczy już trzecie pokolenie. Ja jestem niczym „ostatni Mohikanin” z tego zespołu i taboru. Zaczynałem grać, mając 10 lat w bardzo dobrej orkiestrze harfiarzy. Muszę się przyznać, że jeszcze wtedy nie umiałem za wiele. Moi wujkowie pomagali mi, czasami krzywili się jak fałszowałem, ale chcieli żebym został muzykiem. A ja kocham muzykę i dlatego to przetrwało do dzisiaj.

Edward Dębicki

Czy przez ten czas, przez te 60 lat zespół „Terno” zmieniał trochę muzyczny kurs? W jaki sposób dobiera Pan repertuar?
Ja tworzę muzykę. Żałuję, że wyczerpały się nutki taborowe, te melodie, które moja mama, ojciec czy wujkowie przy ognisku śpiewali. To wykorzystałem, mam w swojej twórczości. Teraz nie ma już taborów, nie ma ognisk, wędrowania, jazdy wozami, gdzie byliśmy i w deszczu, i w słońcu. To było nasze życie. Teraz moja twórczość bardziej związana jest z teraźniejszością. W muzyce można odnaleźć to co widzę, to co mnie otacza.

Czego oczekuje od Was współczesny słuchacz, widz? Czy przez te lata stał się bardziej wymagający, wybredny?
Kiedyś jak się zatańczyło, jak spódniczka pofrunęła, do tego jak zagrali, to wystarczyło. Nie było telewizji, nie było mediów, żeby można było tyle zobaczyć. Teraz widzimy w telewizorze cały świat i różne poziomy artystyczne. Żeby dorównać, to trzeba nad tym pracować. Akurat mój zespół pracuje i nie odstaje. Natomiast gorzej jest z tymi moimi rodakami, którzy chcą być artystami, ale Bóg talentu nie dał, nie pracowali nad tym i „jadą” z playbacku.

Cygański festiwal to już nie tylko muzyka. Jest też poezja, kultura i spotkania z młodzieżą. Czemu to ma służyć?
Gdybym zabrał tę swoję muzyką, wiadomości do grabu, to niebyło by fair w stosunku do mojej rodziny, do innych osób. Ja tworzę dla ludzi. Jeszcze trzeba – jak ja to mówię – głębokie rowy stereotypów zakopywać. Naszą prawdziwą muzykę dzielę na klasyczną i rozrywkową. Rozrywkowa jest po to, by sobie potańczyć, poskakać, a poważniejsza muzyka ma w sobie jakąś głębie. Dlatego ona tyle wieków przetrwała, oparła się różnym stylom muzycznym. Moi rodacy byli tacy sprytni, że wędrując, przyswajali sobie, to co było ładne. W tej cygańskiej muzyce każdy człowiek może jakąś nutkę odnaleźć, dlatego to działa na wyobraźnię. Oprócz śpiewu i tańca, mamy też poezję, sztukę – teraz nowość to cygańscy malarze. Moim zadaniem jest przekonać ludzi, że to co robimy jest pożyteczne. To nie jest kultura cygańska – przecież my jesteśmy polskimi Cyganami. Dokładamy naszą cegiełkę do kultury polskiej. Wszystkie medale, które mi wręczano pozbierałem. Jakbym je przypiął do piersi, wyglądałbym jak kiedyś Breżniew (śmiech).
Mam takie wrażenie, że o Romach w Gorzowie dużo się mówi tylko przed „Romane Dyvesa”. Niestety na co dzień bardzo słabo się znamy, mało wiemy o swoich zwyczajach. Wydaje mi się, że nadal jesteście dla nas, albo na nas zamknięci.
Chce tylko wyjaśnić, że ja używam dawniejszego słowa – Cyganie. Historia jest historią. Kiedyś byli Cyganie, nikt nie nazywał ich Romami. W dzisiejszych czasach młodzi wolą jak się o nich mówi Romowie.

Czy to przez słowo „cyganić”, które źle Im się kojarzy?
Zawsze powtarzam, że w każdym narodzie są owieczki i wilki, są dobrzy ludzie i źli ludzie. Gdy na spotkaniach autorskich pytają mnie czy Cyganie kradną, ja mówię: – Nie, złodzieje kradną – . Natomiast to co Pani powiedziała, że Cyganie są hermetyczni, to się już zmieniło. Teraz się otworzyli, kolegują się nie tylko ze swoimi. To zaczyna przenikać nawet do naszego języka. Choć mam dużo pracy, staram się ochronić nasz język. Gdy chodzi dziecko do szkoły, to jest dużo naleciałości z języka polskiego. Zamiast używać cygańskiego, zastępuje to polskim. „Romane Dyvesa” mają służyć naszemu zbliżeniu się, żeby nie było przepaści między jednymi ludźmi, a drugimi.

Edward Dębicki

Wiem, że w kwestii uczęszczania dzieci romskich na lekcje, Cyganie są podzieleni. Czy Pan jest zadowolony z tego, że chodzą do szkół? Popiera Pan to?
Powinni chodzić do szkół, bo czasy się zmieniają. Bez szkoły nie można zdobyć pracy. Jestem za tym, żeby się uczyli. No, ale to są lenie. Teraz jest już lepiej. Kiedyś rozmawiałem z jednym ministrem i mówię mu, że wśród Cyganów już jest kilkunastu doktorantów i magistrów. A on odpowiada: – Nie, Panie Edwardzie. Już jest 130. – . Jak na mniejszość narodową, to jest dużo. Tylko nas w Polsce są cztery najważniejsze szczepy cygańskie i każdy z tych szczepów ma trochę inną kulturę.

Jak układa się Panu współpraca z synem, który też jest członkiem Teatru Muzycznego „Terno”? Są tarcia?
Gdyby mi tylko przytakiwał, to bym uważał, że nie ma własnego zdania. Jestem człowiekiem, a każdy człowiek się myli. Są między nami tarcia, ale wychodzi to wszystkim na dobre. Ja zajmuję się galowym koncertem w amfiteatrze, a On tym na bulwarze. Choć dokładamy do tego interesu, chcemy wyjść do młodzieży, która już się trochę do tego przyzwyczaja. Syn prowadzi taką dobrą muzykę cygańską, klubową, w nowszych aranżacjach.

A czy syn próbuje przemycić do repertuaru „Terno” te nowsze trendy muzyczne?
Tak, ja zresztą też za tym jestem – stale wprowadzam nowości. Powiem Pani, że bardzo trudno jest stworzyć ładną, melodyjną muzykę. Natomiast wydziwianą może każdy zrobić. Łatwiej zrobić, jak coś skrzypi, hałasuje, tłucze. Taką ładną muzykę z odrobiną nowości, trudniej stworzyć. Większych problemów u nas z tym nie ma. Syn jest bardzo zdolny muzycznie.

A czego Pan słucha dla przyjemności? Czy to jest muzyka cygańska, czy może sięga Pan po inne utwory?
Nikomu jeszcze o tym nie mówiłem – Pani będzie pierwsza. Jak urzędnik ma urlop, to wyjeżdża sobie nad morze, położy się w hamaku, czy na leżaku, wystawi się do słońca i odpoczywa, myśli tylko o tym, żeby się opalić, ładnie wyglądać. Natomiast ja jak wyjeżdżam nad morze czy gdzieś indziej, nie odpoczywam. Jestem niewolnikiem swojego zawodu.
U mnie w głowie stale coś się wałkuje – muzyka, albo jakieś słowo rymowane. Nigdy nie jestem wypoczęty i zazdroszczę tym ludziom, którzy wracają uśmiechnięci.

Jak Pan sobie pomyśli, że już 60 lat pracy twórczej za Panem, to jakie słowo przychodzi Panu do głowy?
Myślę, że zwariowałem bardzo pozytywnie. Kocham to, robię to, męczę się, ale musi być ten kowal, który swoje życie tłucze w to kowadło.

Pan jako artysta, też musi mieć siłę, zdrowie, by tworzyć. Co Pan robi, by być w dobrej formie?
Jak są takie dni, że jestem zmęczony, senny, to wracam do muzyki. Ona mnie uzdrawia. Wtedy myślę tylko o tym, jak złożyć to „lego”, by brzmiało ładnie i szybko. Dzisiaj położyłem się spać o godzinie 4. Podszedłem do instrumentu i jeszcze sobie tworzyłem po cichu. Przed próbą muszę poprawić i zobaczymy jak wyjdzie.

Patrząc z perspektywy tych 60. lat, które minęły, to z czego Pan jest najbardziej zadowolony, dumny?
Niektórzy twórcy mówią, że są spełnieni. Ja nie czuję się spełniony. Napisałem taką muzykę, czy piosenkę, czy tekst, a potem czytam i myślę: – Choroba, mogłem to zrobić inaczej – . Mam taki problem, że zespół drży ze strachu na scenie, bo ja ciągle improwizuję. Jak przychodzę na próbę, to wszyscy zastanawiają się, co ja zagram? Bo albo nie pamiętam tego co jest w linii melodycznej, w aranżacji, albo nie chcę tak zagrać. Z tego co do tej pory zrobiłem, jestem zadowolony w 50-60%. Cieszę się, że udało mi się utrwalić, to co moi przodkowie kiedyś robili. To jest mój sukces.

Dopytam jeszcze o tę Pana improwizację na scenie. Czy to nie grozi wpadką?
O, zdarza się. Ktoś mnie kiedyś zapytał: – Jak ten Cygan gra na tych skrzypcach, że tak ciarki po plecach idą? – . Wtedy ja mówię, że jak się kończy szkołę muzyczną, to profesorowie uczą w jakie miejsce na skrzypcach, czy innym instrumencie uderzyć, żeby osiągnąć taki efekt. Cygan tak nie uderza, on się po strunie ślizga. Wtedy ktoś zapytał: – Tak jak na łyżwach? -. Odpowiedziałem, że tak. To on odpowiedział, że to fałsz. Ja na to mówię: – Wie Pan, cała rzecz w tym, żeby nauczyć się pięknie fałszować – . (śmiech)

Jakie ma Pan plany na najbliższy czas?
Po pierwsze chcę wyłuskiwać młode talenty. Po drugie tworzyć coś takiego, czego jeszcze nie było, zaskakiwać. Mam dużo pracy. W tym roku kończę pisanie bajek dwujęzycznych – po polsku i cygańsku.

To są bajki, które Pan pamięta z dzieciństwa? Może opowiadała je Panu mama, czy babcia?
Też są takie. Znajdą się tam bajki wymyślone przeze mnie, ale także opracowane. Do końca roku muszę to wydać.

Ile będzie tych bajek?
Dwadzieścia. Biorąc pod uwagę, że będą przetłumaczone, to czterdzieści. Ministerstwo dało pieniądze, by wydać bajki w dwóch językach. Mam tylko pewien problem, śmieję się, że strzeliłem sobiew stopę. Najpierw napisałem bajki po polsku, a potem musiałem je tłumaczyć na język cygański. A to jest trudne. Gramatyka polska jest bogata, a mój język jest pod tym względem ubogi. Ale jakoś się udało. Napisałem bajki dla dzieci i dorosłych. Chcę teraz podzielić – połowę książki z bajkami dla młodszych, a reszta dla starszych.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Leave a Reply